Kultura,  muzyka

Pohjola poleca: 7 albumów po fińsku

Fińska muzyka dorobiła się pewnej renomy na świecie. Za problematyczny jednak można uznać fakt, że wielkie sławy z Finlandii trzymają się raczej języka angielskiego i międzynarodowa publiczność często nawet nie zdaje sobie sprawy, że to nie jest rodzimy język muzyków (w sumie, co kogo obchodzi pochodzenie wykonawcy, którego zna się z jednego radiowego hitu). Z kolei wielbiciele języka fińskiego często muszą się namęczyć, zanim znajdą sobie coś do słuchania z tekstem, który nie będzie po angielsku. Z pomocą przychodzi Pohjola! Prezentujemy zestawienie naszych ulubionych albumów po fińsku.

Oranssi Pazuzu – Mestarin Kynsi, 2020

Mestarin Kynsi to najnowszy album założonej w 2007 roku grupy Oranssi Pazuzu. I od razu na wstępie powiem, że zdecydowanie nie jest to muzyka dla każdego, zespół bowiem gra gatunek, który najlepiej można chyba określić jako psychodeliczny black metal. Na płycie znajdziemy długie, progresywne kompozycje z niewielką ilością wokalu, za to z zapętlającymi się, gęstymi i ciężkimi gitarowymi riffami, które czasem zbliżają się nawet w stronę stonera. Dodajmy do tego niemal synthowo brzmiące klawisze i klasyczny skrzekliwy blackmetalowy growl w stylu Immortal i obraz jest kompletny. Teksty traktują, jak to w metalu zwykle bywa, o mrocznych wizjach świata i ciemnych stronach ludzkiej duszy – choć jakie to ma znaczenie, skoro growlowane po fińsku i tak są praktycznie niezrozumiałe?

Dzięki swojej niezaprzeczalnie mrocznej atmosferze i ciągotom do drone i space rocka muzyka Oranssi Pazuzu brzmi jak idealny soundtrack do pełnych szalonych wizji i kosmicznego horroru utworów H. P. Lovecrafta i tym kilku procentom słuchaczy wystarczająco odważnych, by nie wyłączyć jej po pierwszych pięciu minutach, z pewnością dostarczy ciekawych wrażeń. (JF)

Ruusut – Ruusut, 2018

Zespół Ruusut z Tampere wydał swój debiutancki album o tym samym tytule w 2018 roku. I zachwyca już od pierwszych sekund. W brzmieniu Ruusut przypominają trochę St. Vincent,  elektryczne rytmy podobnie wciągają nas w trans. Muzyka energetyzuje słuchacza, jednakże w tekstach piosenek jest jakiś nieuchwytny smutek i tęsknota.

Głos wokalistki, Ringi Manner, usłyszymy również w utworach zespołów The Hearing i Pintandwefall, lecz one nie odniosły w Finlandii znacznego sukcesu. Z Ruusut Manner zaczyna śpiewać po fińsku i od razu grupa wzbudza większe zainteresowanie.

Osobiście najbardziej podobają mi się utwory Bubo Bubo, Glitchit – zdecydowanie najżywsze i najdziwniejsze w całym albumie oraz Iltoja pitkin już w spokojniejszej, ale wciąż hipnotyzującej tonacji. Na fanów Paperi T czeka niespodzianka, usłyszycie go w melancholijnym utworze 555. (NR)

Yona – Vaikka tekee kipeää, ei haittaa, 2012

Był grudzień 2012 roku. Właśnie kończyłem pierwszy semestr lektoratu fińskiego. Na laptopie właściwie na stałe miałem włączone radio YLE, choć rozumiałem z niego jedynie wyniki losowania Lotto i prognozę pogody. Nagle, pośród fińskojęzycznych adaptacji amerykańskich piosenek świątecznych i przebojów, usłyszałem kobiecy głos w baśniowo brzmiącym utworze, który zachęcił mnie do odszukania go. Kiedy zobaczyłem kręcony na zamku teledysk, byłem już na tyle zauroczony, że chciałem ambitnie przetłumaczyć tekst. Problem był taki, że nie dało się go nigdzie znaleźć w formie pisemnej. Z pomocą słowników i tabelek gramatycznych wystosowałem do artystki koślawą prośbę, a ona nie zignorowała swojego fana ze stosunkowo dalekiego kraju.

Trudno mi scharakteryzować płytę Vaikka tekee kipeää, ei haittaa, czyli trzeci album Johanny Louhivuori, znanej jako Yona, po raz trzeci w towarzystwie Orkiestry Liikkuvat Pilvet. O ile jej debiutancki album Pilvet liikkuu, Minä en rozciąga się od ballad po jazz, a w drugim, Vaikenen laulaen doszło tango, o tyle w trzecim najłatwiej chyba powiedzieć, czego nie ma. Nie ma metalu, co wydaje się rzadkością w fińskiej muzyce. Jest za to wspomniane wyżej otwierające płytę, baśniowe Shh, jest hip-hop, tango, jazz, elementy folku. Niemal każdy utwór przynależy do innego gatunku. W jazzie i hip-hopie zresztą Yona chyba czuje się szczególnie dobrze, bo w całości poświęciła im odpowiednio czwartą (Tango a la Yona) i szóstą (Jano) płytę. To raczej płyta z gatunku „przyjemne, do posłuchania w tle”.  Różnorodność Vaikka tekee… może być wadą dla tych, którzy zarzucą jej chaotyczność i brak spójności, ale z drugiej strony każdy może na niej znaleźć coś dla siebie. Nie wiem jednak, czy gdybym jako pierwszy usłyszał jakikolwiek inny utwór, nie przeszedłbym nad nim do porządku dziennego, jak to było w przypadku wielu innych piosenek z fińskiego radia.

Minęło siedem lat, a ja wciąż nie przetłumaczyłem Shh. Dzięki temu, w zależności od nastroju, mogę różnie wyobrażać sobie jej treść. Rzeczywiste teksty zbyt często bywają rozczarowujące. (PPP)

Hector – Yhtenä iltana, 1990

Wybór płyty w moim przypadku przebiegał po części losowo; przyczyniło się do tego zarówno nieczęste obcowanie z muzyką fińskojęzyczną, jak też (w zasadzie przede wszystkim) niedostateczna kompetencja językowa. Przypomniał mi się jednak jeden z najpopularniejszych utworów Hectora – Juodaan viina, więc postanowiłam przesłuchać dokładniej płyty, na której znajduje się ten szlagier, jak i kilku ją poprzedzających i po niej następujących; zajęło to zdecydowanie za dużo czasu.

Na albumie Yhtenä iltana nagrano 13 utworów, dzięki czemu płyta zalicza się do tej połowy ogółu wydanych, na której mieści się mniej niż około (lub, zgrozo, powyżej) dwudziestu kompozycji. Zawartość płyty oceniam na w nieoczywisty sposób heterogeniczną. Hector, słynny w Finlandii z gitarowych, miejscami folkowo-rockowych ballad, prezentuje tu utwory, grane w charakterystyczny dla siebie sposób; co jakiś czas wplata jednak w swój styl elementy kojarzone z innymi gatunkami: utwór Amsterdam spokojnie mógłby być żeglarską szantą, Väärät naamat zaczyna się od reggae, a wspomniany Juodaan viina jest klasyczną ogniskowo-rockową gitarową przyśpiewką. Prawdziwym zaskoczeniem był dla mnie brzmiąco podejrzanie znajomo Seisovaa ilmaa. Moja uwaga wyczuliła się tu niebezpodstawnie: kompozycja jest fińską aranżacją Walk on the wild side napisanego w latach 70. przez Lou Reeda. A to tylko ułamek ogółu zaskoczeń, na jakie można tam natrafić; czasem nawet nie możemy być pewni, czy następna zwrotka przyniesie nam do bólu popowe dzwoneczki, czy może riff idący w stronę muzyki Led Zeppelin.

Z góry uprzedzam, że jeśli oczekujemy, że ta płyta dostarczy nam niepowtarzalnych muzycznych uniesień, to gorzko się rozczarujemy. Jeśli jednak za założenie przyjmiemy odpoczynek przy dźwiękach przyjemnych, a nienachalnych, które jednocześnie nie będą powtarzalnym banałem, a ogół płyty przez podobieństwo utworów, jedną długą kompozycją – to wybór jest to bardzo dobry. Polecam szczególnie fanom tzw. muzyki turystycznej, którym nieobca jest podprogowa pankrokowość Stachury i wielu zespołów inspirujących się jego twórczością. (AL)

Litku Klemetti & Tuntematon Numero – Horror’15, 2016

Pamiętam pierwszy raz, gdy usłyszałam głos Litku Klemetti: pozwoliłam Spotify na pokazanie mi czegoś nowego przez jakieś zaproponowane przez aplikację radio i po pewnym czasie padło na tę elektryzującą melodię, która brzmiała jakoś tak niedzisiejszo. A jeszcze bardziej niesamowite było to, że całkiem sporo rozumiałam, chociaż mój fiński dopiero raczkował — piosenka była bowiem o butach i powtarzającym się motywem było kengät, kengät, kengät, kengät, kengät, kengät!

Płyta okazała się całkiem nowym wydaniem, a w dodatku debiutem zespołu. Całość była taka jak ta piosenka o butach: niesamowicie wciągająca, łącząca estetykę garażowego rocka z lekkością i wrażliwością rodem z gazet dla nastolatek. Pozowanie na dziecięcą naiwność w tekstach razem z rytmami zahaczającymi miejscami o punk tworzą mieszankę nieoczywistą, ale wciągającą. Nie wiadomo do końca, czy chodzi o tęsknotę za prostym życiem, czy świat Horror’15 to eskapizm czy najzwyklejsza w świecie ironia. Wiem jedno: w jakimkolwiek języku Litku Klemetti by nie śpiewała, wciąż byłabym kompletnie zakochana w jej muzyce. Już nieważne o czym to jest, to po prostu BRZMI.

Z zespołem Tuntematon Numero Litku Klemetti wydała jeszcze jeden album, a później muzycy ukryli się za nazwiskiem wokalistki.  Fakt, że w tym miejscu piszę akurat o pierwszym Horror’15 jest nieco przypadkowe, bo właściwie mogłabym wybrać również kolejne, niby solowe, płyty, które zdecydowanie trzymają poziom. Za jakieś wyjaśnienie można przyjąć to, że debiut Klemetti wciąż mi się nie nudzi i słucham teraz go z takim samym zachwytem jak wtedy, gdy był jedynym dostępnym zestawem piosenek od jej grupy. (AS)

Turmion Katilöt – Discovibrator, 2015

Zespół Turmion Katilöt, czyli w wolnym tłumaczeniu: Akuszerki Zniszczenia, powstał w 2003 roku i odtąd sieje chaos na scenie industrial metalowej. Zespół znany jest z biegania nago po scenie na koncertach oraz łamania wszelkich zasad, w tym zasad dobrego smaku, jeśli chodzi o wygląd członków, w myśl zasady, że muzyka obroni się sama. I owszem, broni się. Muzycy mają na koncie 9 albumów studyjnych, jedną dumną EP-kę i całą hordę singli. Tutaj skupię się na albumie numer sześć, czyli Diskovibrator.

Album zaczyna się od razu od mocnego uderzenia, Kirottujen Karnevaalit serwuje nam mocną rytmiczną perkusję i chwytliwy refren, co sprawia, że faktycznie utwór nadawałby się na przeklęty karnawał, albo chociażby na metalową imprezę. Aina Arki przelatuje bez większych wrażeń. Jak dobrze, że po nim nadchodzi Hyvissä Höyryissä. Ciekawy początek intryguje, zachęca, żeby jednak słuchać dalej, przez co docieramy do dość osobliwego zakończenia utworu granego na… w sumie Bóg wie czym. Trąbka? Flecik? Guma od majtek, które właśnie zdjął z siebie na scenie perkusista? Wszystko na raz?

Akuszerki robią z syntezatorami to, co Nightwish robi z orkiestrą – kreują miękką ścianę dźwięku za wiodącą melodią, co daje ogólne odczucie bogactwa brzmień i sprawia, że utwór jest „pełny” i, z braku innego słowa, „gruby”. Wiecie, jak taki burger napakowany dobrociami, że aż ci po brodzie cieknie, jak się wgryzasz, jaki mięciutki, oesu. Dzieje się tak między innymi w Sinä Saatana. Na początku słyszymy budowanie napięcia za pomocą miękkich industrialnych brzmień, po czym wchodzi właściwa melodia. Kolejna perełka na albumie to Lataa ja varmista, od początku mocne gitarowe riffy, potem wjeżdża syntezator, karuzela się kręci na dość wysokich obrotach. Do tego dorzucamy chwytliwy refren i już nóżka sama chodzi w rytm.

Album kończy tajemniczy To Be Continued Act 2, gdzie mamy bas, potrząsanie hajsem i dziecięce wyliczanki. Fajne, tworzy klimat i jakimś cudem wpasowuje się w styl całego albumu. Przywodzi na myśl artystów zbierających „co łaska” do kapelusza po skończonym występie. Grosza dej zespołowi, sakiewką potrząśnij. (MN)

Jenni Vartiainen – Terra – platinapainos, 2014

Terra ukazała się pierwotnie w 2013 roku (do zestawienia wybrałam jej rozszerzoną wersję z 2014) i choć poznałam ją sporo później, do dziś pozostaje w czołówce moich ulubionych fińskich albumów, mimo że popu słucham rzadko. Między innymi dlatego, że zawiera najlepsze, moim zdaniem, piosenki Jenni Vartiainen. A także dlatego, że zawiera Jenni Vartiainen.

Moja miłość do Vartiainen sprowadza się do kilku elementów; pierwsze dwa to głos wokalistki – za niesamowitą, trochę nosową i jakby lekko zachrypniętą barwą kryje się też naprawdę spora skala. Głos piosenkarki sprawdziłby się świetnie w smooth jazzie czy audiobooku Kurta Vonneguta – jest w nim jakieś znużenie życiem, a jednocześnie pewnego rodzaju ukryta energia – można powiedzieć: fińska Mela Koteluk po papierosie? Po trzecie, bardzo ładne melodie i po czwarte: dobre, niebanalne teksty, które Vartiainen pisze sama.

Tak jak pisałam, na albumie jest sporo dobrych utworów. Są takie ambitniejsze, stworzone z pewnym rozmachem (Muistan kirkkauden, Kaukaa, Suru on kunniavieras, Vanki), są spokojniejsze (Selvästi päihtynyt, Päivät on täällä hiitaita, Sivullinen) i są bardziej popowe (Junat ja naiset, zawsze kojarzące mi się z Kocham być z tobą The Dumplings Tyttövuodet, Eden, Susta enkelit pitävät huolta) – a to wszystko w odpowiedniej proporcji.  Ten album się nie nudzi. Ilekroć do niego wracam, zawsze znajduję w nim coś nowego. Czego i wam życzę. (PK)

A czy wy macie już swoich ulubionych wykonawców śpiewających po fińsku – czy ta lista jest dla was pierwszych kontaktem? Kto podoba wam się najbardziej?