Oneiron Laury Lindstedt
Kultura,  literatura

7 nie-opowiadań o śmierci | Laura Lindstedt „Oneiron”

Popełniłam błąd z Oneironem, więc zacznę od  ostrzeżenia: nie czytajcie tej książki w taki sposób jak ja. Zabrałam się do lektury praktycznie gdy tylko dostałam swój egzemplarz — to zawsze dobra taktyka, dzięki temu książka nie trafia na niekończący się stos „do przeczytania”, gdzie może przypadkiem spędzić kilka miesięcy. Ale niestety początek maja to w moim przypadku też początek przedsesyjnego okresu zaliczeń, oddawania projektów i pisania esejów zaliczeniowych*, gdy doba jest o kilka godzin za krótka i trudno umieścić w (realistycznym) planie zajęć jeszcze czytanie książki o śmierci. W efekcie, między początkiem a końcem lektury upłynął prawie miesiąc. Nie róbcie tego Oneironowi.

Opowieść Laury Lindstedt jest poszatkowana, przez co można odczuwać chęć potraktowania jej jak zbioru opowiadań — a przecież to żaden problem odłożyć tomik składający się z samodzielnych historii na tydzień i później do niego wrócić. Tyle że Oneiron nieprzypadkowo jest powieścią, a nie siedmioma różnymi opowiadaniami.

Siedem — tyle bohaterek poznajemy w Oneironie. Spotykają się one w Bieli i w zasadzie na tym kończą się podobieństwa pomiędzy nimi. Nie do końca wiadomo czym ta Biel jest — czytelniczki/cy mają przynajmniej tę przewagę, że mogli się dowiedzieć z opisu czy nawet podtytułu książki, że kobiety faktycznie znalazły się w jakiegoś typu zaświatach — ale one nie są tego pewne. Poznajemy historię każdej z nich: stąd bierze się to wspomniane rozczłonkowanie fabuły. Scalenie kompletnie różnych wątków spotkaniem w tajemniczej pustce zdecydowanie intryguje, ale zdecydowanie za łatwo jest odłożyć książkę, gdy następuje przeskok pomiędzy historiami.

Śmierci były tak samo różne, jak bohaterki. Każda z nich żyła w świecie zupełnie niezrozumiałym dla reszty. Posługiwały się zresztą różnymi językami, co jest mocno podkreślane przez całą powieść. W obcojęzycznych cytatach dominował oczywiście angielski — w domyśle zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy — ale pojawiały się też fragmenty w innych, nie tak popularnych językach. Mniej skomplikowane zwroty można bez trudu odgadnąć, ale list po hebrajsku dla większości czytelników jest już raczej nie do przeskoczenia. Jakaś część Oneironu celowo została podana nam w sposób niezrozumiały.

Nie wszystkie śmierci byłyby godne uwiecznienia ich w fabule powieści, gdyby książka akurat nie koncentrowała się na śmierci właśnie. Niektóre były dość… głupie. A może lepszym słowem byłoby „przyziemne”? Takie, o których nie warto pisać, nieciekawe, nie stanowiące kulminacji żadnej akcji. Rzeczywiste. Nieciekawe, ale mające taki sam skutek, jak te bardziej działające na wyobraźnię: jakieś życie się skończyło. Niezależnie od potencjału dramatycznego wszystkie śmierci zostały w książce potraktowane równo.

Postaci chyba z założenia miały być sobie równe, ale jednak więcej miejsca niż pozostałe zagarnęła dla siebie Shlomith-Shkhina, artystka-performerka. Po pierwsze irytująca, a po drugie sprawiająca, że raz po raz przestawałam czytać i szukałam analogii z historii sztuki**, co sprawiało, że fragmenty ze Shlomith angażowały mnie na dłużej. Trudno jest ocenić artystyczną wartość dzieł wymyślonych na potrzeby książki (chociaż na pewno dałoby się wymienić jakieś faktycznie zrealizowane działania, które byłyby podobne), ale mimo całej niechęci do postaci, nie mogłam nie docenić pewnych tematów podsuniętych nam przed autorkę za pośrednictwem Shlomith – relacji z ciałem, zaburzeń odżywiania, ich powiązań z żydowską kulturą, ale także życia sztuką czy przemyśleń o socjalistycznych systemach.

Shlomith była przeciwwagą dla pozostałej szóstki. Shlomith żyła dla Wielkich Idei, choroba kierowała jej życiem z jej własnej woli. Losy Poliny, Maimuny, Wlbgis, Niny, Rosy Imaculady oraz Ulrike są bardziej zrozumiałe. No, może nie pod każdym względem, bo nie wszystko autorka nam ujawnia – chociaż poznajemy drogę do śmierci każdej z postaci, w ich historiach są luki, niedopowiedzenia, a nawet trochę trudnej do racjonalnego wyjaśnienia niesamowitości. Życiorysy kobiet są potraktowane nieco powierzchownie: zaglądamy do ich światów na chwilę, rozpoznajemy ogólny zarys wydarzeń, dostajemy garść szczegółów, ale bohaterki nie stają się nam bliskie, jak to często bywa z postaciami, które poznajemy na kartach książki.

Uwagę Laura Lindstedt zwraca za to na ciało. Bohaterki zresztą też, ponieważ gdy znajdują się w zaświatach, stopniowo przestają odczuwać różne bodźce. Wydaje się, jakby jedynym sposobem na zrozumienie życia w takim stanie było chwycenie się jego naukowych opisów, a te… zawodzą. Co nam po zrozumieniu oddechu od biologicznej strony, gdy nie możemy zaczerpnąć powietrza?

Nie da się ukryć, że Oneiron to nie jest książka do czytania dla rozrywki. Jeśli macie odkładać ją i wracać po dłuższym czasie, to nie warto, bo rzecz właśnie w tym, aby różne elementy ze sobą połączyć. Poczekajcie na odpowiedni moment, aby móc spędzić z Oneironem dobry czas i docenić tę książkę. Nie dla wszystkich ma to znaczenie, ale moim zdaniem to zdecydowanie bardziej jesienna książka niż letnia. Może warto do niej wrócić, gdy temperatura trochę spadnie i zacznie się kocykowanie?

Książkę Laury Lindstedt po polsku możemy czytać dzięki Sebastianowi Musielakowi. Przekład wydało Wydawnictwo Poznańskie jako pierwszą fińską pozycję w ramach Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich.


* — tak, wiem, wcześnie, wszyscy to mówią. Pozdrawiam cały UAP.

** — jeśli to kogoś interesuje, to za najlepszy punkt odniesienia uznałam Marinę Abramović. Mniej nawet przez charakter twórczości, a bardziej przez traktowanie sztuki w sposób tak poważny, że aż nadęty.