Kultura,  muzyka

Ballady i ładne kapelusze | BEHM „Draaman kaari viehättää”

BEHM to piosenkarka i autorka piosenek, która w ostatnich miesiącach została wschodzącą gwiazdą fińskiego popu. Już jej debiutancki singiel, „Hei rakas”, przyniósł artystce wyjątkowo dużą popularność: przez 48 dni znajdował się na pierwszym miejscu fińskiej toplisty Spotify. Niedawno ukazał się jej pierwszy studyjny album, „Draaman kaari viehättää”. Przybyłam, posłuchałam i piszę dla was tę recenzję.

Zaczynamy od mocnej ballady, „Päästä varpaisiin”. Sporo tu rond i niewiele instrumentów, ale ta prostota jest tu rzeczywiście  świetnie dopasowana. To utwór, który świetnie nadawałby się na muzyczny motyw przewodni jakiegoś filmu – najlepiej jakiegoś dramatu społecznego albo przyszarzonej, skandynawskiej wersji komedii romantycznej.

Drugi utwór, „Minä vai maailma„, przywodzi na myśl „Dernière Danse” Indili, znane szerzej jako „Za*ebały żule mi”, ale raczej tylko na początku – potem nabierzemy bardziej tanecznego rytmu. Jest bardzo przyjemnie, zdarza się też, że i nieco zaskakująco. To mój nowy fiński imprezowy faworyt.

Razem z pierwszymi dźwiękami „Yhtä vaille kaksi” trudno mi zdecydować, czy to silna inspiracja „Someone Like You”, czy „My Immortal”. Na szczęście wraz z tekstem linia melodyczna się zmienia – początkowo na lepsze. Od pierwszego refrenu schodzimy jednak już w sztampowość, pop jak każdy inny. Szkoda.

„Lupaan” wydaje się z kolei dowodzić, że BEHM najlepiej jest w smutnych piosenkach. Barwa głosu idealnie współpracuje tu z fortepianem i nic więcej nie potrzeba – do takich utworów ta piosenkarka została stworzona. I po raz kolejny nie mogę się odeprzeć porównaniu z Laną del Rey, która też dobrze sprawia się w mainstreamowym popie, ale nigdzie nie wypada tak dobrze, jak w smutnych balladach. I miewa podobną stylówę. A poza tym, jaki to jest piękny teledysk! Gdyby się nie ukazał tyle później, na pewno wylądowałby w naszym zestawieniu.

Kolejne utwory, „Unia” i „Apokalyptinen häpeä” to znów standardowe spokojniejsze popowe piosenki, które nie pozostaną na dłużej w waszych głowach. Druga z nich ma co prawda więcej uroku i kawiarnianej atmosfery, a obu nie można odmówić bycia po prostu ładnymi utworami, które świetnie nadadzą się na tło, ale obawiam się, że zupełnie nic poza tym.

„Fridę” można było poznać już wcześniej jako singiel promujący album. Sporo w nim powtórzeń i ładnych brzmień, aż się chce ją dodać do jakiejś przyjemnej playlisty. Trudno jednak nie zauważyć tego samego, z czym mieliśmy do czynienia w poprzednich piosenkach. To raczej nieszczególnie wyrazisty utwór i gdyby nie powtarzająca się melodia, pewnie też byśmy jej nie zapamiętali.

Następny jest „Riipun”, który przykuwa uwagę już od pierwszych dźwięków. Smutne, spokojne brzmienia, w których BEHM zdaje się sprawdzać najlepiej, zostają świetnie połączone z przerywającym je szybszym beatem i elementami elelektroniki. To dla mnie być utwór, który mógłby mówić: „taka właśnie jest BEHM”. Ale czy taki będzie? To się okaże przy następnym albumie.

Pora na kolejny singiel, balladowy i smutny „Tivolit”, jeden z lepszych utworów na płycie. Sporo tu falsetu, który sprawdza się tu zdecydowanie lepiej niż w większości tutejszych piosenek – nie wydaje się wciśnięty na siłę, ale idealnie oddaje nastrój utworu, dopełnia go.

Na koniec czeka nas ów hitowy kawałek, który przyniósł BEHM popularność, czyli „Hei rakas”. Pierwsze nuty kojarzą mi się znów z „My Immortal” (tym razem w wersji z Synthesis, a nie oryginalnej), ale na szczęście szybko odchodzimy od tej myśli. Nabieramy rozpędu, nowoczesności i lekkości. Muszę jednak przyznać, że chociaż to chyba najbardziej oryginalny kawałek na płycie, trudno nie odnieść wrażenia, że mimo tej lekkości, zręczności przemykania między stylami i gatunkami, to utwór przeładowany. Nie odbierzcie mnie źle, bardzo lubię syntezy gatunków wszelakich, ale w „Hei rakas” wydaje się ich być po prostu za dużo; melodia ich ani nie wymusza, ani ich nie potrzebuje, zamiast poczucia spójności mamy tu raczej chęć zawarcia w ostatniej (pierwszej) piosence tego, co się nie zmieniło gdzie indziej. A szkoda, bo elementy orkiestrowe mogły uratować „Apokalyptinen häpeä”, podczas gdy akustyczne klimaty lepiej sprawdziłyby się w którejś z mniej wyrazistych ballad.

Z drugiej strony, zupełnie na marginesie, bardzo podoba mi się zagranie pierwszy singiel – ostatni utwór na płycie. Zdarza się to raczej rzadko, a przecież to naprawdę fajny patent: zwykle sięgamy po album, poznawszy i polubiwszy już singiel, więc i tak do niego dotrzemy – równie dobrze można kusić słuchacza przez cały album, zostawiając ten utwór na sam koniec.

Podsumowując: jest tu kilka perełek, do których na pewno będę wracać i do których także was zachęcam. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że ten album ma w sobie sporo kompromisów między artystką, a jej osobą producencką: typowych niedociągnięć nie ma tyle, co people pleasers, utworów tak potencjalnie popularnych, że zupełnie nijakich. Mimo wszystko nie powiedziałabym, że to zmarnowany potencjał – nie ma tu zupełnie złych utworów, są tylko dobre lub mało wyraziste. W każdym razie na pewno będę czekać na nowe propozycje od BEHM – być może obierze właśnie ten kierunek, na który czekam. Być może Finlandia potrzebuje właśnie teraz swojej Lany del Rey, jesiennych smętów i pięknych kapeluszy.

Pełny album na Spotify znajdziecie na przykład pod tym linkiem.


Źródło grafiki nagłówka: materiały prasowe, Warner Music Finland/fot. Pietari Purovaara