Kultura,  literatura

Co Wolfram Eilenberger ma w głowie? – recenzja książki

W przypadku tej książki kluczowy jest podtytuł: o jednym takim, co poślubił Finkę. Te 250 stron to w pierwszej kolejności opowieść o Wolframie Eilenbergerze (w Finlandii zwanym Ramim) i o jego żonie, a dopiero później o Finlandii jako takiej. W związku z tym przyjrzyjmy się trochę sylwetce autora: jest filozofem. Pochodzi z Niemiec. Nie zna fińskiego — a przynajmniej nie na tyle, aby posługiwać się nim bez większych przeszkód. W latach 90. wziął ślub z Finką z tytułu, Pią Päiviö. Wszystko to ma duży wpływ na to, co znajdziemy w jego książce Co Finowie mają głowie.

Wbrew temu, czego można się spodziewać po standardowej książce opowiadającej ogólnie o jakimś kraju i jego kulturze, Co Finowie mają w głowie ma fabułę. Składa się na nią historia związku Ramiego i Pii, załatwianie różnych formalności przed międzynarodowym ślubem, inne przygotowania do wesela z wydarzeniami poprzedzającej je nocy włącznie oraz sama uroczystość. Pomiędzy poszczególne wątki wplecione są przemyślenia autora na temat kraju jego (przyszłej) żony oraz jej rodaków. Wszystkie opisane wydarzenia dzieją się najpóźniej pod koniec lat 90., chociaż książka została wydana sporo później, co nadaje jej poniekąd egzotyczną perspektywę. Całość to niekoniecznie wybór najważniejszych faktów dotyczących Finlandii — i właśnie dlatego jest to interesujące. No bo ile można, najważniejszych faktów jest ograniczona ilość.

Autor, poza życiem swoim i rodziny żony, zajmuje się różnymi, nazwijmy sprawę po imieniu, pierdołami. Więcej, analizuje je jak sprawę najwyższej wagi, wynosi do rangi czynnika determinującego charakter człowieka lub narodu czy, jakże by inaczej, filozofuje. Ja bawiłam się dobrze, czytając chociażby systematykę rodzajów taktyk przy wchodzeniu do lodowatego jeziora. Ale muszę przyznać, że nie zawsze jest tak dobrze, bo czasem trafia się cały rozdział o przynętach na ryby, albo próba wyjaśnienia fińskich przypadków, która brzmi jak wyśmiewanie się z języka obcego — wiecie, zawsze mieli kompleksy, więc teraz sobie rekompensują takimi formami. No bardzo zabawne. Ha. Ha.

Ogólnie pod względem językowym sytuacja jest nieciekawa. Wspominałam już, że autor nie zna fińskiego i nieraz się do tego odnosił. Nie przeszkadza mu to jednak robić wielu, wielu wkrętów z fińskiego. I tu pojawia się problem, bo wszystko wskazuje na to, że tłumaczka (z niemieckiego na polski) także fińskiego nie zna. Można by zrobić całą listę absurdalnych pomyłek rodem z translatorów, ale najwięcej mówi chyba to, że pierwszy konkretny błąd mamy już na pierwszej stronie. Nie, nie na pierwszej stronie tekstu, tylko na tej pierwszej stronie, gdzie jest dedykacja. Mianowicie dedykacja „dla Muikku” została wyjaśniona jako „idę zjeść sielawę”. Tak, to gra słowna z podwójnym znaczeniem, ale wciąż, głupio trochę. Jednak nie ma się co dziwić, że osoba, której pracą jest tłumaczenie niemieckiego, nie radzi sobie z fińskim — wydawnictwo powinno przewidzieć, jakie będą efekty i zapewnić jakieś wsparcie albo chociaż dodatkową korektę. Oj, Wydawnictwo Dolnośląskie, nieładnie, nieładnie.

Prawie natychmiast zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle tłumaczyć książkę o Finlandii z niemieckiego. Jakby nie było podobnych książek po polsku. Dopiero do chwili przypomniałam sobie, że w zasadzie są dopiero od niedawna. Bo początku z Co Finowie mają w głowie wszystko idzie źle. Okładka niezbyt estetyczna, od pierwszego słowa problem z tłumaczeniem. Zaczyna się właściwa książka… i bam!, seksizm! Tekst właściwy zaczyna się od anegdotki, zupełnie niepotrzebnej i nic niewnoszącej o spotkaniu swojej nagiej cioci. Takiej młodej i atrakcyjnej, wiadomo, inaczej to żadna atrakcja i nie ma po co opisywać. Zabieg zupełnie dla mnie niezrozumiały. Ale później już było lepiej. Tylko przypisów tłumaczących fińskie kwestie lepiej nie czytać.

Można powiedzieć, że z tym wydawnictwem jest po prostu odwrotnie niż z jedną z tych niedawno wydanych w Polsce książek, Kocimi chrzcinami. Jeśli szukamy podstawowej wiedzy o Finlandii, bo za bardzo nic o niej nie wiemy, to zbyt wiele się nie dowiemy. Lepiej sięgnąć po Sisu, saunę i salmiakki. Książka Eilenbergera jest mało aktualna, ma sporo słabo wyjaśnionych wkrętów, a błądzące po różnych tematach przemyślenia autora mogą irytować. Za to startując już z jakąś bazą wiedzy, możemy docenić nieszablonowe podejście do tematu, ocierające się o komedie perypetie rodzinne autora, a przede wszystkim te nieprzydatne fińskie ciekawostki, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. W ogólnym rozrachunku książkę polecam — ale już wiecie, na co się piszecie, jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć.