Kultura,  lifestyle,  Podróże

Czego nauczyła nas Finlandia?

Jeśli regularnie czytacie teksty na naszym blogu, to może pamiętacie, że jednym z dobrodziejstw studiowania fińskiego są różne możliwości dłuższych i krótszych wyjazdów. Kursy letnie, praktyki i wymiany z kolei oferują o wiele więcej niż po prostu naukę języka w kraju, gdzie jest on faktycznie używany. Mieszkanie w Finlandii, chociaż przez dwa tygodnie, pozwala nam wyrobić sobie pewne nowe, powiedzmy, fińskie nawyki. Niektóre zabieramy ze sobą do domu, a do niektórych wracamy dopiero przy kolejnej wizycie na północy. Bywa bowiem, że fińskie nawyki w Polsce się nie sprawdzają, są zbyt dziwne lub po prostu niepotrzebne. Oto kilka lekcji, których udzieliła nam Finlandia.

Klucze należy nosić cały czas przy sobie!

Fińskie drzwi są zdradliwe. Zatrzaśnięcie klucza w pomieszczeniu, które dany klucz otwiera jest stanowczo zbyt łatwe, szczególnie gdy mieszka się w pojedynczym pokoju w akademiku i ma się tylko jedno otwieradło do wszystkich drzwi. Ratunkiem są smycze do kluczy. W Polsce jawią się przede wszystkim jako ulubiony gadżet reklamowym wielu firm — niby użyteczny, ale w praktyce dość bezsensowny. Bardzo łatwo uzbierać ich całą masę, a ich więcej ich masz, tym bardziej odczuwasz ich nieużyteczność. W Finlandii trudno żyć bez smyczy, skoro bez klucza nie można spokojnie wyjść nawet do toalety w środku nocy. Do tego noszenie kluczy na szyi sprawia, że nie musisz ciągle panikować, że klucz został zatrzaśnięty w pokoju, bo szybko możesz sprawdzić, że faktycznie masz go przy sobie. Najpotrzebniejszy gadżet świata! A przynajmniej Finlandii. Jeśli nie czujecie jeszcze grozy sytuacji, to powinniście wiedzieć, czym grozi stracenie klucza we własnym pokoju: o ile nie dysponujecie zapasowym kluczem, będziecie musieli wezwać serwis, który za kilkadziesiąt euro otworzy wam wasze drzwi. (AS)

Zimno jest rzeczą względną

Do Helsinek przyjechałem na początku stycznia i mieszkając tam miałem okazję doznać fińskiej zimy i wiosny. Zima nie była wprawdzie jakoś potwornie mroźna, temperatura bodajże ani razu nie spadła poniżej -15, trwała za to dość długo – jeszcze 10 kwietnia padał ostatni, mokry śnieg. Spytacie więc, dlaczego piszę, że zimno jest rzeczą względną, skoro tak naprawdę nie zaznałem bardziej ekstremalnej pogody niż nieraz bywa w Polsce? Cóż, Finowie chyba po prostu inaczej to zimno odczuwają. Kiedy w lutym przy -10 widziałem fińskie dzieciaki łażące po mieście bez czapek i w rozpiętych kurtkach, a w kwietniu przy słonecznych +8 stopniach otworzyły się i zapełniły ludźmi kawiarniane ogródki przy Esplanadi, docierało do mnie, że jednak jestem daleko od domu. W języku fińskim jest zresztą bardzo ciekawe słówko obrazujące trochę nastawienie Finów do zimna: tarjeta – „nie marznąć” – z sugestią, że dostatecznie się ubrało. Owo tarjeta może właściwie oznaczać dla każdego zupełnie co innego – czy to jest rozpięta kurtka, czy cztery warstwy ubrania przy tej samej pogodzie – ważne, żeby było dość ciepło. (JF)

Nie każdy może jeździć rowerem po śniegu

Finowie kochają rowery  i jeżdżą nimi cały rok – mróz, śnieg i lód im nie straszne. W swojej naiwności pomyślałem więc, że jeżdżenie rowerem zimą nie może być takie skomplikowane – w lutym kupiłem sobie zatem rower, taki prosty, miejski, ale całkiem niezłej jakości. Od razu przyszło mi go przetestować. Google Maps optymistycznie poinformowało mnie, że przejechanie 9-kilometrowej trasy zajmie mi 45 minut, ale znając swoją kondycję nastawiałem się raczej na godzinkę. Tę godzinkę później nie byłem nawet w połowie drogi, ciężko dyszałem i na każdym metrze walczyłem o utrzymanie równowagi. Zaczęło do mnie docierać, że być może powinienem był jednak wybrać pociąg, a z rowerem poczekać do wiosny. Pocieszałem się jednak tym, że po pierwsze, jeszcze się nie przewróciłem, a po drugie, jako że był środek dnia we wtorek i droga prowadziła przez park (no, czyli las) – nikt nie oglądał mojego upokorzenia. Co, jak się domyślacie, wkrótce się zmieniło. Wyjechałem zza zakrętu, zobaczyłem idące z naprzeciwka dwie starsze panie i w mgnieniu oka zdałem sobie sprawę z trzech rzeczy. Że droga zaczyna biec w dół, że jest srodze oblodzona, i że już nie zahamuję. W następnej chwili leżałem rozciągnięty na lodzie półtora metra od nóg owych dwóch starszych pań i oglądałem od spodu ich zafrasowane miny. Zerwałem się, rzuciłem, że ei mitään tapahtunut, kaikki on kunnossa i uciekłem. Dowlokłem się rowerem do końca parku i tam się poddałem. Ostatnie półtora kilometra prowadziłem rower pieszo. Przypiąłem go pod akademikiem i tak stał, póki śnieg na ulicach nie stopniał. Naprawdę, nie wiem, jak ci Finowie to robią. (JF)

Czasami albo chodzisz spać, gdy jest jeszcze jasno, albo nie śpisz w ogóle

Chodzenie spać przed zachodem słońca brzmi jak coś niemożliwego, zwłaszcza dla wszystkich osób funkcjonujących w trybie sowy, w tym dla mnie. Ale jeśli tylko latem postanowimy chociaż trochę oddalić się od południowego wybrzeża, zasypianie, gdy na dworze wciąż jest jasno, stanie się koniecznością. Największym wyzwaniem okazuje się wytłumaczenie sobie samej, że chociaż nie wygląda, naprawdę jest noc. Konieczna może być też wyprawa po zakupy, bo jeśli nie masz grubych zasłon, to koniecznie musisz takie kupić. Po wyciemnieniu pokoju z ich pomocą, zaśnięcie nie powinno być już kłopotem, ale zamiast tego rano będzie trzeba się zmierzyć z taką samą ciemnością i codziennym szokiem podczas odsłaniania okna, gdy w zaspane oczy uderzą bezlitośnie jasne promienie słońca. (AS)

Z kupowaniem sosów trzeba być równie ostrożnym jak przy mleku

O różnorakich niebezpieczeństwach i zasadzkach czyhających na półkach z fińskim nabiałem pisałem już wcześniej. Warto jednak wspomnieć, że można się też nieźle nadziać, próbując kupić sos. Finowie bowiem najwyraźniej kochają majonez i mają go w dziesiątkach różnych smaków. Jest majonez jogurtowy, czosnkowy, ogórkowy, cebulowy, paprykowy, a nawet łososiowy, sriracha albo barbecue. I niestety nie zawsze jest na opakowaniu wyraźnie napisane, że jest to głównie majonez. Jako entuzjasta różnych ciekawych sosów, bardzo się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem na półce w markecie buteleczkę z napisem teriyaki kastike, więc chwyciłem ją bez większego zastanowienia. Cóż, pewnie się domyślacie, co było w środku. Wyglądało jak majonez, miało konsystencję majonezu i pachniało jak majonez. A co do smaku – może wystarczy kiedy powiem, że gdy na Wielkanoc odwiedziła mnie rodzina, postawiłem go na śniadaniowym stole do jajek i nikt nie zauważył różnicy. Nie sprawdzałem, czy różne inne sosy mają w sobie tyle samo smaku, nie jestem aż takim fanem majonezu – ale powiedzmy, że mam swoje podejrzenia. (JF)

Mleko jest (chyba) bardzo zdrowe, więc należy popijać nim obiad

Skoro już o mleku mowa: wiemy już, że Finowie uwielbiają szeroko pojęty nabiał. Dziś już trudno stwierdzić, czy to skutek tego, że we wszystkich stołówkach szkolnych, uniwersyteckich i w miejscach pracy zawsze do posiłku można wziąć mleko, czy raczej ten stan rzeczy jest efektem uwielbienia dla wszelkich produktów mlecznych. Jakiś wkład miała strategia fińskich firm mleczarskich, promujących swoje wyroby jako gwarancję zdrowego rozwoju — coś, z czym dziś już się polemizuje. Ale mleko na stołówkach zostało i cieszy się dużą popularnością. W ostatnim czasie dołączyły do niego jeszcze roślinne alternatywy — przede wszystkim mleko owsiane, ale nierzadko można wybierać między różnymi rodzajami wegańskich napojów. Tymi połączonymi siłami produkty (nie tylko) mleczne sprawiają, że nawet cudzoziemcy, którzy zawędrowali do fińskiej stołówki, nie wiadomo kiedy sami zaczynają pić mleko do obiadu. Kilka razy złapałam się nawet na nalaniu sobie szklanki mleka do obiadu, który sama sobie ugotowałam – chociaż nigdy nie przytrafiło mi się to w Polsce. (AS)

Wykładowca akademicki też może być człowiekiem

Pamiętam, jak podczas któregoś ze szkoleń na uniwersytecie niedługo po przyjeździe do Helsinek zajrzałem koleżance obok przez ramię i zobaczyłem, że pisze maila do wykładowcy zaczynając go od Hi Professor. Złośliwie sobie pomyślałem, że he he, na pewno cokolwiek załatwi z takim nagłówkiem zamiast jakiegoś odpowiednika Szanowny Panie Profesorze. Szybko się okazało, że to ja byłem w błędzie, a takie przyjazne, luźniejsze podejście to tamtejszy standard. Profesorowie o dziwo mają czas dla studentów, a kiedy zachęcają do zadawania pytań i pisania maili, to naprawdę mają to na myśli i są skłonni pomóc. Ba, na mailach się nie kończy. Pewien znajomy z wymiany nieśmiało i w wielkim stresie napisał maila z prośbą o wskazanie kilku źródeł do pracy magisterskiej do zupełnie mu nieznanego profesora, zresztą, jak się później okazało, naukowca znanego w kraju i całkiem popularnego – ten zaś w odpowiedzi zaprosił go do siebie do gabinetu na kawę i półtoragodzinną pogawędkę. Cóż, może po prostu to ja miałem w życiu pecha, ale moja uczelnia mnie do takich rzeczy nie przyzwyczaiła, i co tu dużo mówić – był to swego rodzaju szok kulturowy. (JF)

Czarna kawa to najlepsza kawa

Niejeden kawosz swoją przygodę z kawą zaczynał od słodzonej latte, aby później redukować ilość mleka, zrezygnować z cukru, aż w końcu zradykalizować się do napoju całkowicie czarnego. Tak samo było w moim przypadku — jednak uważam za dość symboliczne, że właśnie w Finlandii kawa z mlekiem nagle przestała mi smakować. O ile twierdzenie, że Finowie piją jedynie czarną kawę jest tylko kwestią stereotypu, to statystyki jasno potwierdzają, że kawy w ogóle piją najwięcej na świecie. I mimo wszystko najbardziej standardowa kawa w Finlandii to czarna kawa przelewowa — w różnych kawiarniach najczęściej klienci sami ją sobie nalewają z większego dzbanka. Mleko jest jedynie opcjonalnym dodatkiem. A poza tym, o czym była mowa wcześniej, napojem do obiadu. (AS)


Tego i wielu innych rzeczy dowiedzieliśmy się dzięki Finlandii. A jakich cennych lekcji wam udzieliła ta kraina?