Kultura,  muzyka

Kwiaty w foliówce | Litku Klemetti „Kukkia muovipussissa”

Trochę czasu minęło, odkąd ostatni raz odliczałam dni do premiery nowej płyty, z radością odsłuchiwałam na zapętleniu nowy singiel i w wyznaczony dzień w ekscytacji biegłam do sklepu, by wreszcie kupić premierowy album, nie patrząc nawet na absurdalnie wysoką cenę. Ceremoniał nie mógł odbyć się wokół nowego dzieła Litku Klemetti, ponieważ oczywiście polscy dystrybutorzy nie oszaleli i nie sprowadzają fińskiej alternatywy na półki tutejszych sklepów. Niestety. Gdyby jednak o dostępności w sklepach decydowała jakość muzyki, a nie potencjał komercyjny, to na pewno 19 marca nabyłabym Kukkia muovipussissa w pierwszym lepszym Empiku. Ponieważ takiej opcji oczywiście nie było, to w piątek rano włączyłam płytę na Spotify podczas porannego spaceru do pracy. Podróż była wyjątkowo ciekawa.


Litku Klemetti udało się wyjść z bańki sceny alternatywnej i od wydania pierwszego albumu sygnowanego wyłącznie jej nazwiskiem (w odróżnieniu od tego faktycznie pierwszego albumu, który ukazał się pod nazwiskiem ORAZ nazwą zespołu), każda kolejna płyta zwraca uwagę prasy. Więcej: piosenki Klemetti nawet da się usłyszeć w radiu, jej wydawnictwa pojawiają się na listach hitów (raczej na ich dolnych pozycjach, ale zawsze) i zdobywają wyróżnienia. Te wyraźne oznaki popularności doprowadziły mnie do przekonania, że Litku Klemetti jest największą gwiazdą fińskiej sceny muzycznej i mogłabym w to wierzyć, gdyby nie fakt, że w Polsce jakoś nikt się nie ekscytuje nowymi singlami. Z drugiej jednak strony polskojęzyczny internet dysponuje przynajmniej dwoma (teraz już trzema) tekstami o Klemetti, to też jakaś oznaka sławy!


Mimo to muzyka Klemetti aż krzyczy „właśnie słuchasz alternatywy!”. Oczywiście poza fińskimi granicami samo słuchanie muzyki po fińsku jest już dość ekscentryczne, ale nie w tym rzecz. Alternatywność Litku Klemetti polega na tym, że trudno jest nawet wrzucić jej muzykę do jakiejś szufladki porządkującej gatunki, nie rozsadzając jej jednocześnie. Nic nie brzmi jak Klemetti, a równocześnie wszystko jest trochę podobne. Twórczyni zbiera muzyczne koszmarki, łączy je, po swojemu miksuje i składa w coś fascynującego, wpadającego w ucho i nienudzącego się, w coś brzmiącego jak ostatnie dekady XX wieku, a jednak jakoś współcześnie. W jej piosenkach można wytropić melodie, które z powodzeniem mogłyby służyć za dżingle reklamowe, czołówki słabego serialu czy motywy w szlagierze. Za to w najnowszym Kukkia muovipussissa artystka na warsztat wzięła… disco.

Dyskoteka według Klemetti budzi we mnie jak najlepsze skojarzenia. Od razu myślę o tanecznych początkach Depeche Mode w latach 80. i już chcę stwierdzać, że po prostu kocham disco z całym kiczowatym arsenałem gatunku, gdy okazuje się, że jednak nie. Próba zapoznania się z Moną Caritą, wielką gwiazdą fińskiego disco, do której Klemetti odnosi się w swoim singlu, szybko sprowadza mnie na ziemię i przypomina, że domyślnie disco jest raczej niesłuchalne i ani Depeche Mode nie było typowym przedstawicielem gatunku, ani Litku Klemetti nie tworzy w tym stylu, a raczej go dekonstruuje.

Kukkia muovipussissa to po prostu kolejna odsłona ulubionej strategii artystki, czyli wchodzenia w różne muzyczne role i doprawiania ich gitarami oraz elektryczną bałałajką. W warstwie tekstowej zaś Klemetti wciela się w nastolatki i w ich imieniu dzieli się z słuchacz(k)ami swoimi miłostkami, fascynacją słynną idolką oraz mapami Google’a. Granica między kreacją, a artystką się zaciera i trudno jest uchwycić, gdzie autorka żartuje, gdzie się zachwyca, gdzie wyraża autentyczną nostalgię, a gdzie tylko chowa się za utartym schematem, aby go ośmieszyć. Takie absolutnie poważne wcielanie się w niepoważne role przypomina mi to, co Julia Marcell robiła na Proxy, i to nawarstwianie się ironii i różnych nieoczywistości, których nawet po kilkuset przesłuchaniach (nie przesadzam ani trochę) nie mogę całkowicie rozgryźć. Spodziewam się, że Kukkia muovipussissa podobnie będzie mnie zaskakiwać, zwłaszcza że dochodzi tu jeszcze kwestia bariery językowej. A skoro tekstów często nawet nie da się znaleźć w formie pisemnej, polegać można tylko na rozumieniu ze słuchu.

Okładka najnowszego albumu Litku Klemetti "Kukkia muovipussissa".
Okładka albumu "Proxy" Julii Marcell.

Pozostaje mi więc życzyć powodzenia tym, których temat zainteresował i którzy jako jako posługują się fińskim. Co do reszty… może to dobry powód, aby zacząć naukę języka?


Wspomniane polskojęzyczne recenzje płyty Juna Kainuuseen znajdziecie tutaj i tutaj.

Na naszym blogu z kolei Litku Klemetti była wspomniana już w polecajce z muzyką po fińsku, tutaj.