Kultura,  muzyka

Ciemność, światło, ciemność | Recenzja albumu „Altamullan Road”

Wcale nie aż tak dawno pisałam już na blogu o Altamullan Road – młodym zespole dwóch wspaniałych wokalistek, Johanny Kurkeli i Johanny Iivanainen. Wtedy była mowa o dwóch pierwszych singlach, „When It’s Time” oraz „Underwater”, które dopiero co się wówczas ukazały. Dzisiaj przyszła pora na cały debiutancki album – zatytułowany również „Altamullan Road”. Już od kilku dni jest on dostępny w serwisach z muzycznym streamingiem.

Płytę otwiera klimatyczny „When It’s Time”, pierwszy singiel. To piosenka, którą od pierwszego przesłuchania puszcza się w pętli, a z każdym odtworzeniem zakochuje się w niej coraz bardziej. Wyeksponowane bębny i niskie brzmienia wspaniale kontrastują z folkowymi akcentami w tle i opozycją głosów: niskimi partiami Kurkeli oraz wysokimi Iivanainen – o ile od dawna wiadomo, że w górach obie sprawdzają się świetnie, to doły Kurkeli są dla mnie odkryciem stosunkowo nowym (od Auri I), a „When It’s Time” tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że także wspaniałym. Dodajmy do tego pozornie oderwane brzmieniowo, ale jednocześnie idealnie budujące tajemniczy, mroczny klimat skrzypce – na nich też zagrała Kurkela. Całości utworu dopełnia naprawdę dobry tekst o pożegnaniu oraz urzekający w swej prostocie, czarno-biały teledysk. To mocny pierwszy utwór – oby tak pozostało w głąb słuchania.

„Hearts of Old” to tematyczna kontynuacja (a może raczej prequel?) poprzednika. Prosta, ciepła melodia bez zbędnych ozdobników przywodzi na myśl „A Lifetime of Adventure” Tuomasa Holopainena. Jest za to jeszcze bardziej kojąca i po prostu, co tu dużo mówić, ogrzewająca serduszko.

Z trzecim utworem skręcamy nieco w stronę folku. Powracają bębny, pojawia się gitara, utwór nabiera nieco tempa. „Song of the Lark” odwraca role, które tak urzekły w „When It’s Time”: tym razem za dolne partie odpowiada Iivanainen, a za górne – Kurkela. Muszę przyznać, że to nie jest już tak urzekające zestawienie. Nie można „Song of the Lark” odmówić jednak uroku, chociaż przyznałabym mu pewnie więcej zasług, gdyby tła dopełniło jeszcze kilka folkowych instrumentów. Znając jednak dotychczasowe zwyczaje koncertowe obu wokalistek, to w wersji na żywo ta piosenka zyska to, czego teraz w niej brakuje.

„Underwater” poznaliśmy już jako drugi singiel – znów zwalniamy tempa i wracamy do mroczniejszych, bardziej basowych brzmień. O ile za pierwszym razem nie pokochałam się z tą piosenką, to w kontekście albumu rzeczywiście mnie do siebie przekonała. A może to przez teledysk? Słuchanie piosenki po raz pierwszy z teledyskiem powinno być zabronione.

W smutnych klimatach pozostaniemy przy „Art of Losing”, bardziej standardowym, balladowym utworze. Bardzo przyjemnym, chociaż nie jestem przekonana, czy dorównującym dotychczasowym pozycjom na albumie.

„Interstellar Friends” ukazał się już jako trzeci singiel, ale nie bez przyczyny nie pisnęliśmy o nim ani słowem: jest, delikatnie rzecz ujmując, po prostu nudny. Z drugiej strony, podobnie jak „Underwater”, świetnie wpisuje się w album; sięgające do smooth jazzu zwrotki rzeczywiście mają w sobie coś pociągającego i naprawdę szkoda, że z refrenem nie poszło już tak dobrze – to mógł być bardzo dobry utwór.

Kiedy słucham „Candle in the Dark”, wiem już, że trudno mi będzie określić „Altamullan Road” inaczej niż jako bardzo nierówny album. Akustyczna, lekko folkowa piosenka ma swój urok, ale nie jestem przekonana, czy w ogóle pasuje do reszty utworów. Nie ma w tym też nic szczególnie dziwnego – to przecież dopiero pierwszy album, i to stworzony przez osoby, które dotąd tworzyły inną muzykę – muszą znaleźć swoje brzmienie. A może inaczej: muszą odnaleźć siebie w tym brzmieniu, które wychodzi im najlepiej.

Na szczęście „The Merry Scallywag” podnosi moje morale, bo, przyznam, bałam się już, czy nie zastanę tam równi pochyłej w dół. W tym instrumentalnym utworze (z nutką wokalizy, ale już nie czepiajmy się szczegółów) poczujemy się trochę folkowo, a trochę… piracko. Zdecydowanie o to chodziło, chociaż nie bardzo rozumiem, czemu. Ale może nie mnie dociekać.

Wraz z „They Should’ve Sent a Poet” przeskakujemy do zupełnie innej rzeczywistości. Rzeczywistości, którą można łatwo opisać jako: pierwsze utwory z albumu spotykają „Radio GaGa”. Sporo się zastanawiałam, czy to celowe – i ciągle nie umiem zdecydować. Internet nie pomaga brakiem tekstów piosenek, ja potrzebuję jeszcze kilku odsłuchań. Zdecydujcie sami.

Na koniec czeka nas „Dawn” – utwór, który jest napisany tak sugestywnie, że i bez tytułu pewnie zgadlibyśmy, o czym jest, chociaż tekstu w nim brak. Jest przyjemnie, ale nie dzieje się za wiele. Pożegnamy się lekko: z lekkim brzmieniem i lekkim zawodem.

Jeśli miałabym jeszcze na koniec podsumować, co tu się w ogóle wydarzyło, to określenia „nierówny” i „szukanie własnego brzmienia” wybijają się na pierwszy plan. Są utwory naprawdę wyjątkowe, są też takie, którym wiele nie brakuje – poza inną płytą, bo do tej nijak nie pasują. Warto jednak „Altamullan Road” poświęcić te czterdzieści minut i przesłuchać go od początku do końca, a następnie wybrać swoich faworytów i to ich się trzymać – bo jest z czego wybierać. A być może lockdown stanie i tym razem po naszej stronie – skoro „Auri II” jest już w postprodukcji, to może i drugi album od Altamullan Road pojawi się szybciej, niż się spodziewamy. Nam pozostaje tylko gorliwie słuchać i streamingiem przekonać wytwórnię – skoro ani na polskie wydanie fizyczne ani koncerty nie mamy co liczyć.