film,  Kultura

Życiorysy fabularnie i dokumentalnie [Tofifest 2021]

Drugi raz śledziliśmy festiwal Tofifest, który naszą uwagę zwrócił oczywiście wyróżnieniem kina fińskiego. W programie, podobnie jak rok temu, znalazło się całe pasmo fińskich produkcji. O ile w poprzedniej edycji dominowały dokumenty, to tym razem festiwal zafundował nam zestaw filmów biograficznych, których przeważającą ich część zatytułowano minimalistycznie imieniem (lub pseudonimem) najważniejszej postaci. Większość z nich pewnie już znacie – chociażby z wpisów na naszym blogu, więc tym razem skupimy się na samych filmach. Czy są równie interesujące jak ludzie, o których opowiadają?

Kadr z filmu "Tove"

Tove, 2020, reż. Zaida Bergroth

Lista tytułów w paśmie fińskim Tofifestu zachwyciła mnie od pierwszej chwili – prawie same filmy, które chciałam obejrzeć, a nie bardzo miałam jak – w tym zeszłoroczna biografia Tove Jansson! Tak bardzo czekałam na „Tove”, że ten film miał niewielkie szanse na doskoczenie do moich wyobrażeń. Nie tylko nakręciłam się na samą produkcję, ale też w ostatnich latach spędziłam na tyle dużo czasu, grzebiąc w życiorysie i twórczości Tove Jansson, że praktycznie uniemożliwiłam sobie cieszenie się filmem fabularnym o niej. Nie powiem jednak, że „Tove” to pod jakimkolwiek względem słabo wykonana robota. Ładnie, ciekawie, rzetelnie. Rozczarowanie zafundowałam sobie sama. (AS)

Chociaż „Tove” miałam okazję zobaczyć w Finlandii, ucieszyłam się niezmiernie, że w Polsce też jest już szansa, by się z nią zapoznać. Po drugim seansie stwierdzam, że trafiła na listę moich ulubionych filmów. Wszystko tu gra. Jazzowa muzyka, Alma Pöysti w roli głównej i ten ogólny marzycielski klimat. Dopasowanie postaci z Muminków do konkretnych osób z życiorysu Jansson dopełnia całą historię. Brakowało mi tam jedynie połączenia Tuulikki z Too-tiki. (NR)

Na „Tove” sporo się naczekałam i już prawie pogodziłam się z myślą, że jeszcze długo tej produkcji nie obejrzę. Wtedy pojawiła się na Tofifeście. Być może u mnie też nieuzasadniony entuzjazm przerósł możliwości, ale zdaje się, że „Tove” czegoś jednak zabrakło. Było klimatycznie i spójnie, ale trochę jak w „Downton Abbey” – idealna fasada, tylko w środku tak jakoś pustawo. Oczywiście „Tove” skrywa w sobie sporo głębi, ale brakowało mi jakiejś większej kompozycyjnej klamry. Ale tak sobie tylko narzekam, bo oglądało się bardzo przyjemnie. (PK)

Tom of Finland, 2017, reż. Dome Karukoski

Premierę „Tom of Finland” w polskich kinach przegapiłam, więc bardzo się ucieszyłam, mogąc obejrzeć go na Tofifeście. Słyszałam o tym filmie sporo dobrego, ale mając na uwadze, że filmy Dome Karukoskiego są skrajnie nierówne, zachowałam pewną powściągliwość. Zupełnie niepotrzebnie: „Tom of Finland” to świetnie skonstruowana opowieść, od której trudno się oderwać. A już jako wisienka na torcie po czerwcowym miesiącu dumy sprawdza się idealnie. (PK)

Film pokazuje chyba dokładnie to, co miał pokazać – historię oficjalnie żołnierza, lecz też rysownika Touko Valio Laaksonena. Mimo tego, że blisko był ze swoją siostrą, nawet jej długo nie pokazał dzieł, którym zawdzięczał później rozgłos i skandal obyczajowy. W latach 50. XX wieku uznanie za sztukę rysunków zabawiających się nagich mężczyzn spotkało się raczej z linczem niż aprobatą. Filmowy Touko, może jak ten prawdziwy, różnie radzi sobie z emocjami towarzyszącymi rozwojowi i publikacji jego sztuki oraz trudnościami, które są nieodłącznym elementem dystrybuowania rysunków erotycznych także w dzisiejszych czasach. Życie Laaksonena w filmie pokazano jednak w bardzo estetyczny sposób, aż trudno czasem uwierzyć, że ukazana w tak harmonijny sposób osoba jest jednocześnie autorem fantazyjnej erotyki. Jeśli miałabym szukać gdzieś rekompensaty za ten dysonans, to w ścieżce dźwiękowej, którą dobrano zarówno pod klimat prezentowanej epoki, jak i sztuki Toma z Finlandii. (AL)

O Tomie pisaliśmy już tutaj. Pazur podjęła próbę odpowiedzenia na bardzo ważne pytanie, czy prace rysownika to porno czy jednak sztuka.

Helene, 2020, reż. Antti Jokinen

Życiorysu Helene Schjerfbeck wcześniej nie zgłębiałam, ale na filmie troszkę się wzruszyłam. Generalnie jest to film, który pasuje do festiwalu międzynarodowego, gdyż jest w pewnym sensie uniwersalny. Nie trzeba wcześniej znać przedstawianej postaci. W filmie zaskoczyła mnie obecność Johannesa Holopainena i jego metamorfoza, który do tej pory kojarzył mi się tylko z chłopcem-metalowcem z Hevi Reissu). Aczkolwiek w roli niezdecydowanego Einara również się sprawdził. (NR)

Helene podobało mi się najbardziej z fińskiego zestawu na Tofifeście. Portret artystki według Jokinena dobrze współgra z jej malarstwem, zarówno pod względem doboru palety kolorów jak i ogólnego melancholijno-marzycielskiego klimatu. Co jeszcze ważniejsze, twórcom udało się nie zepchnąć sztuki do roli ładnego tła, chociaż fabuła kręciła się głównie wokół wątku emocjonalno-związkowego. Trudno się temu dziwić, skoro film skoncentrowany na pracy artystycznej miałby nikłe szanse przebicia się poza wąskie grono historyków sztuki. „Helene” ogląda się przyjemnie, jednak trzeba przyznać, że nie jest to najlżejszy film na świecie. Ale tego można spodziewać się już na podstawie obrazów artystki. (AS)

Więcej o postaci Helene Schjerfbeck i jej malarstwie przeczytacie tutaj.

Kadr z filmu "Helene"

The Dinosaur/ Dinosaurus, 2021, Veikko Aaltonen

Do dokumentu o nieznanej mi postaci podeszłam bez entuzjazmu i entuzjazmu nie było. Przez większość filmu albo się nudziłam albo wkurzałam na zachwycanie się nad genialnymi praktykami reżyserskimi typu upokarzanie aktorów czy zabijanie zwierząt przed kamerą. Może i zostałam uświadomiona co do Wybitności i Przełomowości pewnych dzieł fińskiego kina, ale zupełnie nie mam ochoty się z nimi zapoznawać. (AS)

Veikko Aaltonen przedstawia dorobek reżysera Rauniego Mollberga, znanego dzięki takim filmom jak „Ziemia jest grzeszną pieśnią” czy „Żołnierz Nieznany” (1985) niewątpliwie wnikliwie. Spośród wszystkich fińskich produkcji przedstawionych na festiwalu ta pozycja wydawała się być najmniej interesująca dla polskiego odbiorcy. Dla mnie jednak ten film był zdecydowanie wartościowy. Wywiad przeprowadzony przez Aaltonena ukazał nie tylko technikę reżyserską i zmienny charakter Mollberga, ale również jego miejsce w historii filmu i kondycję współczesnego kina fińskiego. (NR)

Armi Alive!/ Armi elää!, 2015, Jörn Donner

Film o trochę o założycielce Marimekko, a trochę o zespole teatralnym, który przygotowuję przedstawienie o niej. Teatralny kontekst z jednej strony bardzo mi się podobał, bo zastępował dosłowność filmu umownością sceny, ale jednocześnie bardzo mnie dezorientował. Tak, rozumiem, że taki zabieg miał pokazać więcej perspektyw, zamiast zmuszać do pokazania jakiegoś jednoznacznego portretu słynnej przedsiębiorczyni. Nieustannie miałam jednak wrażenie, że całej koncepcji brakuje równowagi, która usprawiedliwiłaby uteatralnienie na poziomie innym niż scenograficzny (a scenografię można tu tylko chwalić!). „Armi Elää!” to mimo wszystko przede wszystkim historia życia Armi Ratii, a nie opowieść o aktorce, która się w nią wciela, niezależnie od tego, co próbuje nam przekazać opis festiwalowy. (AS)

„Armi Alive!” mnie poruszyło, choć rozpoczynając seans podchodziłam do produkcji sceptycznie. Być może po prostu bałam się tej teatralnej formy. Ostatecznie zachwyciłam się refleksją aktorki nad charakterem Armi Ratii. Obserwując problemy Ratii z rozwinięciem firmy i ciągle podcinających jej skrzydła mężczyzn, można się zastanawiać czy gdyby nie uparta natura i wizja kobiety to czy Marimekko istniałoby i rozwijałoby się do dzisiaj. (NR)

Nasze spojrzenie na biografię założycielki Marimekko przeczytacie tu.


A czy wy oglądaliście filmy na tegorocznym Tofifeście? A może mieliście okazję poznać te produkcje przy innej okazji?


Wszystkie nasze recenzje z zeszłorocznej edycji Tofifestu znajdziecie tutaj.