Podróże

Chill, grill i poziomki | Wyspy Alandzkie

Idea rzucenia wszystkiego i wyjechania w Bieszczady jest nam wszystkim powszechnie znana i niejednemu wydaje się kuszącą propozycją dla wyrwania się z ciemiężącej nas codzienności. Potrzeba izolacji na łonie natury jest rzeczą zupełnie zrozumiałą; na łonie natury powstaliśmy jako gatunek i mimo postępujących zmian (od rewolucji neolitycznej po zachodzące współcześnie procesy urbanizacyjne) ograniczających nasz kontakt z przyrodą, ewolucja nie wyeliminowała obcowania z nią z repertuaru naszych potrzeb. Przysłowiowe już niemalże Bieszczady stały się za sprawą Internetu symbolem idyllicznego miejsca, w którym możemy odpocząć i nabrać dystansu do spraw i problemów, z którymi przychodzi nam zmagać się na co dzień.

Na północy idealnym odpowiednikiem wysuniętego najdalej na wschód polskiego pasma Beskidu będą należące do Finlandii Wyspy Alandzkie (fin. Ahvenanmaa, szw. Åland). Choć nie górskie, to i niepozbawione wzniesień. Zamiast jezior – liczne zatoki, które wiodą nas prosto w otwarte morze. Równie zielone. A na pewno bardziej zasobne w owoce lasu, takie Bieszczady premium. Ale po kolei. 

Można by powiedzieć, że im dalej w stronę Zatoki Fińskiej, tym mniej znane są ogółowi wyspy na Morzu Bałtyckim. O ile wiedza o istnieniu Gotlandii czy Bornholmu jest dość szeroko rozpowszechniona, to pewność mam niemal stuprocentową, że o położonych najdalej Seskarö czy Hailuoto nie słyszał z was prawie nikt. Wyspy Alandzkie, najogólniej rzecz ujmując, znajdują się między Szwecją a Finlandią, zaś nieco bardziej szczegółowo rzecz ujmując, leżą one mniej więcej na wysokości Sztokholmu i Turku, skąd też najdogodniej można się na nie dostać drogą morską. Składają się z setek mniejszych wysp i wysepek; niektóre z nich połączone są mostami. Na pozostałe można dostać się promem lub łódką we własnym zakresie. 

Osoba odwiedzająca te Wyspy nastawiona na tradycyjne zwiedzanie może okazać się gorzko rozczarowana. Udostępnione turystom są pozostałości fortyfikacji w Bomarsund, zamek Kastelholm czy skansen Jan Karlsgården. W samej stolicy (fin. Maarianhamina, szw. Marienhamn) znajdziemy niespełna stuletni kościół pw. św. Görana, zabytkowy żaglowiec (zbudowany w brytyjskim Glasgow), plażę z niewielkim parkiem. I właściwie tyle. Niewątpliwie, będąc tam, warto przyjrzeć się tym obiektom bliżej, lecz zakończenie eksploracji Wysp na tym etapie byłoby niebagatelnym nietaktem. Teraz dopiero cała zabawa się zaczyna! 

Pierwszą noc na Wyspach Alandzkich spędziłam w namiocie rozłożonym kilkadziesiąt metrów od drogi. Prawo na Wyspach Alandzkich pozwala na rozbicie namiotu na jedną noc w odpowiedniej odległości od zabudowań. Jak swój jednak rozłożyłam, nie rozbiłam – przymocowanie go do litej polodowcowej skały nie było możliwe. I te skały towarzyszyły mi nie tylko przy rozbijaniu namiotu, nie tylko w nocy, kiedy to dzieliły się ze mną zimnem zapamiętanym przez nie w plejstocenie, nie tylko w bałtyckich zatokach – skały tworzą te wyspy i widzi się je tutaj właściwie na każdym kroku – czy nagie, czy omszone, czy prześwitujące spod leśnej ściółki. Tych jest wyjątkowo dużo, bo też lasów tam nie brakuje.

https://www.instagram.com/p/BWzDm31lPnW/

Na sam widok tego zdjęcia przeszywa mnie chłód.

Granica między tym, gdzie kończy się pobocze, a zaczyna las, jest tu chyba nie tyle co umowna, co po prostu płynna. Niektóre budynki, jak na przykład The Telegraph w Bomarsund, dosłownie jedynie wychylają się lekko zza jego ściany. Można w tych lasach wędrować, gubić się i odnajdywać co kilka minut, szukać najwygodniejszego mchu do leżenia z książką, szperać w poszyciu za grzybami i owocami. Tych ostatnich jest tu prawdziwe zatrzęsienie. 

Swego czasu podarowałam pewnej bliskiej osobie książkę Roberta Makłowicza z przepisami kuchni austro-węgierskiej. Na jednej ze stron znalazłam w niej przepis na zupę poziomkową. Przyrządzenie jej wydawało się absurdalnie proste: składała się z tłustej śmietany, szampana i, naturalnie, poziomek. Przepis przewidywał użycie niemalże kilograma tego owocu. Uświadomiłam sobie w tamtym momencie, że takiej ilości poziomek na raz nie widziałam nigdy, że uzbieranie jej jest czynnością mieszczącą się poza ludzkimi zdolnościami. Jak niewiele wtedy wiedziałam o życiu.  

Do zdjęcia ostało się już tylko tyle.

Nie trzeba było nawet odchodzić od drogi. Już dwadzieścia-trzydzieści centymetrów od płynnie zmieniającego się w las pobocza poziomki czerwieniły się przy ziemi. Nie minęło pół godziny, a zapełniły dwie miski i mój żołądek. Ledwo doniosłam je do namiotu (to akurat jest zasługa tzw. słabej silnej woli), by podzielić się nimi z innymi. Takie małe szczęście z lasu, po prostu. 

Jeśli mech i poziomki to nie są wystarczające powody, dla których rzucilibyście wszystkim i ruszyli na Wyspy, to postaram się coś jeszcze z tym zrobić. Wieszcz nasz wpłynął na suchego przestwór oceanu, tu do dyspozycji jest za to morze. Ale jest go całe mnóstwo.  

https://www.instagram.com/p/BW2S5RCl8SD/

By nie pozostać gołosłowną.

Powiedzieć, że każda wysepka ma swoją zatokę to tak, jakby nic nie powiedzieć. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że każda zatoka ma swoją, mniejszą. A ta mniejszą, a ta kolejną. Jedne z nich spowija cień, w którym można schłodzić się po całym dniu chodzenia w słońcu. Inne tworzą nagrzane skały wynurzające się z zielonkawych wód Bałtyku. Pozostałe porasta, a jakże, mech, który miękką warstwą amortyzuje każde poślizgnięcie na wilgotnych kamieniach. I, gęstniejąc, prowadzi do, a jakże, lasu.  

Teraz chyba tytułowe chill, grill i poziomki wydają się być w pełni uzasadnione. Co z tym grillem? A rozpal sobie, w bezpiecznym miejscu z dala od drzew i suchego drewna, wrzuć na niego, co tylko chcesz, co tylko zjesz, wdychaj zapach dymu wymieszany z solą morską, żywicą lasu i wilgotnym mchem. Oddychaj i czuj się dobrze, bo to wychodzi tu wszystkim najlepiej.