Polityka

Dlaczego świat pokochał Sannę Marin?

W niedzielę, 8 grudnia, ogłoszono wybór Sanny Marin na stanowisko premiera po tym, jak zaledwie kilka dni wcześniej dymisję z tego stanowiska złożył Antti Rinne. I właściwie nie powinno być w tym nic dziwnego: fińskie rządy w mają nadzwyczajną wręcz zdolność do trwania krócej niż kadencja sejmu, a świat odkrył już jakiś czas temu, że premier nie musi koniecznie być białym, heteronormatywnym mężczyzną. Tymczasem na wieść o nowej szefowej fińskiego rządu w mediach zawrzało. Dlaczego?

Powodów jest oczywiście kilka, ale wszystkie w gruncie rzeczy sprowadzają się do jednego słowa-klucza, które przedstawię już na początku i oszczędzę zachodu wszystkim tym, którym niespecjalnie chce się czytać przydługi tekst o kobiecie, o której wszędzie piszą, więc już co nieco wie. To słowo-klucz to progresywność, i to właściwie pod każdym możliwym względem: światopoglądowym, osobistym, a nawet struktury rządu. Czy jest to jednak powód do aż takiego zachwytu? Niekoniecznie.

Tymczasem zacznijmy od początku, może nie każdy przebrnął przez te setki wiadomości o nowej premierce, więc wypadałoby najpierw napisać, kim Sanna Marin w ogóle jest. Polityczka od dekady związana jest z fińską partią socjaldemokratyczną (SDP) i jak dotąd była przewodniczącą tak młodzieżówki (2010-2012), jak i samej partii (na zastępstwo, w pierwszej połowie 2019). W rządzie Rinnego, czyli tym, który właśnie się rozpadł, była ministrą transportu i komunikacji. Poza tym Marin jest też pierwszą wiceprzewodniczącą SDP.

Jeśli jeszcze nie brzmi to imponująco, to przypomnę tylko, że ta polityczka ma zaledwie 34 lata i tym samym została najmłodszą na świecie urzędującą osobą na stanowisku szefa rządu. Przebiła tym samym obecnego premiera Ukrainy, Oleksieja Hontšaruka, który jest od niej o rok starszy.

Największe emocje (na szczęście pozytywne) budzi jednak fakt, który powinien przysparzać ich najmniej, bo – mimo wszystko – jest najmniej niezwykły. Sanna Marin jest kobietą, a na czele jej rządu staną również cztery inne polityczki – i to właśnie za sprawą tej wiadomości, a ściślej: tego tweeta, świat oszalał.

Mamy więc dwa powody do zachwytu nad nad nowym rządem Marin: po pierwsze, jest zróżnicowany płciowo (powiedzmy), a po drugie: światopoglądowo. I w obu tych przypadkach nie mogę powstrzymać się od porównania go z pewną inną radą ministrów.

Po pierwsze, przesadny entuzjazm wobec faktu, że w rządzie na 7 mężczyzn przypada aż 11 kobiet jest czymś na miarę zachwytów nad rządem Trudeau (podobnie zresztą jak Trudeau, Marin postawiła wśród ministr(ów) na doświadczenie). Jeśli w kraju tak progresywnym, jak Finlandia, zachwycamy się parytetem płciowym, to chyba powinniśmy zakładać, że znalazłaby się tam także reprezentacja osób niebinarnych, które w końcu też są istotnym elementem społeczeństwa. Przypomnę, nie mówimy o Polsce, tylko o Finlandii, i zachwycamy się zróżnicowaniem płciowym. Dlatego już w tym miejscu chciałabym podkreślić pewną niesymetryczność tego zachwytu nad równością, który w polskich mediach popłynął chociażby ze strony Miłość Nie Wyklucza czy Roberta Biedronia. Oczywiście takim entuzjazmem trudno się nie cieszyć, ale… To nie jest aż tak przełomowa sprawa, naprawdę.

No i po drugie, różnorodność. W skład rządu wejdzie 19 osób z pięciu różnych partii, mimo że wcale nie potrzeba aż tak dużej koalicji – a już na pewno nie tak zróżnicowanej. Oprócz koalicjantów rządu Rinnego (SDP, centrowa Keskusta i Vihreät, czyli Zieloni), Marin zaprosiła też do współpracy lewicowe Vasemmistoliitto i szwedzką partię mniejszościową, RKp. Taka mieszanka może sprawić, że rząd Marin stanie się jak rozdanie Oscarów: mnóstwo młodych, zdolnych ludzi, którzy głoszą pokój i tolerancję, ale jak przyjdzie co do czego, to i tak nic nie zmienią. Na szczęście jednak może wcale do tego nie dojść, bo większość tych partii pod wieloma względami jest zbliżona światopoglądowo – przecież tylko w Finlandii do parlamentu mogą wejść trzy lewicowe partie, każda z wynikiem w okolicach 20 procent.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do tweeta: przewodniczące pozostałych czterech partii w rządzie mają znaleźć się na jego czele, co też jest właściwie standardową praktyką. Jedyna różnica polega na tym, że wszystkie są kobietami, w większości równie młodymi, co Marin. I to właśnie budzi największy zachwyt na świecie: pięć młodych kobiet na czele rządu jednego z najbardziej postępowych państw na świecie. Świetnie, ale to chyba nie jest aż takie dziwne, że kilka świetnych, młodych polityczek, które cieszą się uznaniem i rozpoznawalnością, wreszcie doszło do władzy? Oczywiście to jest dobra wiadomość, ale chyba jednak nie przełom – może nadal nie norma, lecz chwalebny wyjątek, ale to chyba nie jest dobry powód, żeby tę wyjątkowość aż tak podkreślać? Nowa premiera wydaje się mówić to samo: „Nigdy nie brałam mojej płci czy wieku pod uwagę”. I bardzo dobrze! Właśnie dlatego, że to nie powinno mieć znaczenia.

W Polsce niestety wciąż znaczenie ma, chociaż jest w tym jedno takie jakby pocieszenie: TVP prędzej czy później będzie musiało zrobić o niej materiał. A może i już zrobiło, na wszelki wypadek nie sprawdzę. Już widzę ten pasek: „Tęczowa zaraza w Finlandii: premierka czołową lewaczką Europy”. Bo na domiar złego dobrego, Marin jest nie tylko socjaldemokratką, ale też pochodzi z Tampere, miasta o silnych tradycjach robotniczych, do dziś związanego z lewicą nawet bardziej niż reszta kraju. A w dodatku wychowały ją dwie mamy! Oczami wyobraźni widzę tę konsternację w telewizji narodowej i trudno mi się powstrzymać od uśmiechu.

Tymczasem, wracając do mediów światowych, chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogodzić się z faktem, że jeszcze przez jakiś czas będziemy się musiały pozachwycać kobietami w miejscach, w których się ich wcześniej nie spodziewał biały, heteroseksualny mężczyzna – chociaż mógł i powinien był. W końcu skoro nawet Trzynasta Doktor mogła zostać młodą kobietą, to dlaczego nie premierka Finlandii.


 

Źródła/więcej na ten temat: YLE (1, 2, 3)

Zdjęcie w nagłówku wpisu: Sanna Marin, fotografia autorstwa Jariego Niemieli, 2013. Za: wikipedia.org