Polityka

Koronawirus w Finlandii

Zgodnie z obietnicą, przedstawiamy sytuację w Finlandii w związku z pandemią koronawirusa covid-19: garść faktów, analiz i wyjaśnień, dzięki którym dowiecie się czy i jak różni się podejście Finów do tego zagrożenia.

Na początek: suche fakty

Pierwszy przypadek koronawirusa w Finlandii zarejestrowano 29 stycznia. Pacjentką 0 okazała się być 32-letnia turystka z Chin, która odwiedzała właśnie Rovaniemi, czyli to słynne fińskie miasto, w którym znajduje się wioska świętego Mikołaja. Kobieta opuściła Wuhan 5 dni przed tym, jak trafiła do fińskiego szpitala i od początku była w dobrym stanie. Już od dawna jest wypisana ze szpitala, a w jej organizmie nie pozostał wirus. W Finlandii również nie. Kolejne przypadki zachorowań odnotowano dopiero niecały miesiąc później, 26 i 28 lutego.

Z początkiem marca, liczba zakażeń zaczęła rosnąć. Początkowo wirus wykrywano, podobnie zresztą jak w innych krajach, u osób, które wróciły z zagranicznych podróży. 14 marca przekroczono liczbę 200 osób zakażonych koronawirusem, a 20 marca pierwsza i jak dotąd jedyna osoba zmarła na skutek covid-19.

Obecnie (dane na 24.03 wieczorem) odnotowanych jest 792 zachorowań, z czego najwięcej, bo 512 w samych Helsinkach i okolicach. Nie ma w tym oczywiście nic dziwnego, jeśli się spojrzy na gęstość zaludnienia w Finlandii – o ile średnio dla całej Finlandii wynosi ona 17,64 osoby na kilometr kwadratowy, to w Helsinkach jest to 2741 osób. To około 155 razy więcej. Przy tym porównaniu statystyka zakażeń w stołecznej aglomeracji wcale nie prezentuje się tak źle. Jednak z powodu ilości zachorowań w rejonie stolicy rząd rozważa możliwość odcięcia komunikacyjnego Uusimaa od reszty kraju.

A skoro już jesteśmy przy zestawianiu statystyk: zanim zaczniemy porównywać Polskę z Finlandią, bo jesteśmy na dość podobnym etapie epidemii, chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: liczba ludności. O ile Finlandia liczy sobie około 5,5 miliona mieszkańców, w Polsce mamy ich 38,4 miliona. I tak porównanie fińskich 792 zachorowań do polskich 884 nabiera nieco innego sensu: Finowie zapadają na koronawirusa ponad 6 razy częściej niż Polacy.

Liczby zgonów oczywiście nie ma co zestawiać z liczbą ludności, ale z liczbą zachorowań. Na 792 fińskie zakażenia zmarła jedna osoba, to daje nam śmiertelność 0,12%, a na polskie 884 – 10, czyli śmiertelność to 1,13%. Tak czy inaczej, mamy 10 razy większą śmiertelność – czy to procentowo, czy to liczbowo. To dużo. To pokazuje, że już na bardzo wczesnym etapie epidemii, polska służba zdrowia radzi sobie dużo gorzej niż fińska.

Nie jest oczywiście jedyna przyczyna dużo wyższej śmiertelności. Poza lepszym wyposażeniem szpitali i prawie dwukrotnie wyższą liczbą lekarzy w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców (w 2016 w Polsce było to 24 lekarzy, a w Finlandii: 38 wg WHO, a od tego czasu, jak wiemy, liczba lekarzy w Polsce spadła), w Finlandii wykonano ponad 12 tysięcy testów na obecność koronawirusa. W Polsce – prawie 23 tysiące. To oczywiście, w przeciwieństwie do zgonów, kolejna statystyka, którą warto jednak przeliczyć na jednego mieszkańca: i wówczas Fin ma 3,6 razy większą szansę na zostanie zbadanym niż Polak. Finlandia postawiła więc na model niemiecki i zrealizowanie zalecanej przez WHO możliwie dużej liczby testów.

Zalecenia i praktyka

No dobrze, mamy więc trochę różnic. Ale czy Finlandia jest w kwestii wirusa jest jakkolwiek specjalna? Nie bardzo. Na szczęście, bo zdecydowanie nie chcielibyśmy w obecnej sytuacji prowadzić bloga o Włoszech czy Hiszpanii, gdzie dzieje się aż za dużo rzeczy, które trzeba opisać. Mimo wszystko sytuacja jest w zasadzie dość podobna do tej, którą znamy z Polski: mamy podobną ilość zarażeń, która rośnie (przynajmniej do tej pory rosła) w podobnym tempie, a obecnie nawet podobne restrykcje: fińskie granice są zamknięte, szkoły i uczelnie wyższe prowadzą nauczanie zdalnie. Wczoraj wieczorem została też podjęta decyzja o zamknięciu restauracji (poza stołówkami w miejscach pracy). Obecne zalecenia promowane są grafiką poniżej.

Z infografiki wynika m.in. że wszystkich obowiązuje zakaz zgromadzeń, a przebywanie w miejscu pracy, przedszkolu, szkole, zbiorkomie i spotkania z przyjaciółmi są zabronione tylko dla osób spoza grup ryzyka – a i tak je się odradza. Z kolei nawet osoby przebywające w kwarantannie i z potwierdzeniem wirusa mogą wychodzić na zewnątrz.

Z drugiej strony, Finlandia nie zabrania jeszcze swoim mieszkańcom wychodzenia z domów, ale też i krzywa wzrostu zachorowań się przegięła – w porównaniu do polskiej, która nadal rośnie wykładniczo. Na tym etapie Finowie stawiają więc na szeroko zakrojone badania oraz prewencyjny social distancing bez drastycznych posunięć w rodzaju ograniczania wolności osobistej. Ale czy tak było od początku?

W porównaniu do Polski z perspektywy mieszkańca przez (względnie) długi czas nie działo się nic, co miałoby zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa, poza tym, że w różnych miejscach publicznych pojawiły się butelki z żelem dezynfekującym do wolnego użytku. Gdy w Polsce przygotowywano się już do zamknięcia granic, na jednej z helsińskich uczelni dopiero zastanawiano się jak zorganizować wykład dla 40-osobowej grupy tak, aby na raz nie zbierało się więcej niż 10 osób. Oczywiście właściwe jednostki rządowe, takie jak THL, czyli pewnego rodzaju odpowiednik polskiego Ministerstwa Zdrowia, podejmowały decyzje organizacyjne i plany prewencyjne już w styczniu – tylko że niekoniecznie wprowadzano je w życie.

Również Finlandii nie ominęła fala paniki i tłumy szturmujące sklepy i wywożące kilogramy produktów z długą datą ważności. Co ciekawe, stopień spustoszenia w różnych sklepach przedstawiał się bardzo różne. W jednym z większych marketów w tygodniu wybuchu epidemii strachu o śmierć głodową dało się zaobserwować braki tradycyjnego fińskiego chleba żytniego (inne chleby wciąż dało się kupić), makaronu, fasoli i pomidorów w puszkach oraz… bananów.

Oczywiście z aptek poznikały maseczki ochronne oraz środki dezynfekujące. Ze sklepowych półek zostały wymiecione też środki czystości oraz papier toaletowy. Jak wszędzie indziej, z obaw o brak papieru toaletowego szybko zaczęto się śmiać, co w Finlandii ma o tyle dużo sensu, że bidety są w zasadzie obowiązkowym wyposażeniem toalet, nawet tych publicznych.

Podobnie zresztą jak w Polsce, podstawowym środkiem zastosowanym dla zahamowania paniki było zarządzenie THL, żeby pracownicy medyczni nie ujawniali żadnych danych, których źródłem mogły być tylko oficjalne komunikaty. Jak się można spodziewać, w kraju, w którym nawet zarobki absolutnie wszystkich ujawnia się co roku w ramach społecznej transparentności w ramach tzw. veropäivä, czyli dnia podatkowego, taka polityka nie spotkała się z zadowoleniem obywateli.

Z drugiej strony, stereotypowy wręcz spokój Finów i tym razem dopisał. Co rusz docierają do mediów informacje o lekceważących środki prewencyjne osobach, które wręcz w proteście wybierają się na koncerty, a nawet o starszych ludziach, którzy po prostu odmawiają zaakceptowania społecznej kwarantanny i zamierzają żyć zupełnie tak, jak dotąd.

Można więc powiedzieć, że to, co dzieje się w Finlandii, jest w jakimś stopniu zbliżone do sytuacji, jaką mamy w Polsce. Pozostajemy na podobnym etapie epidemii i nie ma w tym nic dziwnego, że także kroki podejmowane przez władze są zbliżone. Szacuje się, że pandemia potrwa jeszcze kilka miesięcy, możemy się więc spodziewać, że z czasem pojawią się nowe informacje, nowe podobieństwa i nowe różnice.

Na bieżąco sytuację w Finlandii możecie śledzić pod tym linkiem. W momencie publikacji tego tekstu potwierdzona liczba zakażonych/zgonów wzrosła do 880/3 w Finlandii i 1031/14 w Polsce.


Ten tekst powstał dzięki naszemu zaangażowaniu, ale i waszej decyzji. Dawajcie nam znać, o czym chcielibyście czytać na blogu – w komentarzach, na Facebooku lub na nasz adres mailowy grupapohjola@gmail.com. Chętnie poznamy wasze pomysły i opinie!